Nazywam się Swietłana i jestem mamą trzyletniej Kati. Jeszcze niedawno moja córeczka była zwyczajnym, szczęśliwym dzieckiem. Dopiero zaczęła chodzić do przedszkola, z radością opowiadała o nowych kolegach i koleżankach, uczyła się swojego małego dziecięcego świata. Snuliśmy plany, marzyliśmy o lecie i nawet przez myśl nam nie przeszło, że już wkrótce nasze życie podzieli się na „przed” i „po”. Wszystko zaczęło się 8 marca. Pojechaliśmy na izbę przyjęć do szpitala dziecięcego, ponieważ u Kati pojawił się stan zapalny oka, a źrenica przestała reagować na światło. Nikt wtedy nie przypuszczał, że będzie to pierwszy objaw tak strasznej choroby. Została zbadana, wyznaczono hospitalizację na następny dzień i rozpoczęto diagnostykę. Początkowo podejrzewano chorobę Coatsa, jednak już po kilku dniach pilnie skierowano nas do Mińska, a następnie do Borowlan, do dziecięcego onkologa. 13 marca 2026 roku usłyszeliśmy słowa, które całkowicie odmieniły nasze życie — siatkówczak (retinoblastoma) lewego oka. Rak. Agresywny nowotwór złośliwy. W tamtej chwili miałam wrażenie, że świat po prostu się zatrzymał. Już kilka dni później trafiliśmy do dziecięcego centrum onkologii. Badania, rezonans magnetyczny, punkcje, pierwsza chemioterapia… Najtrudniejsze było jednak nie patrzenie na kroplówki, lecz na moją córeczkę. Po tym wszystkim Katia jakby przestała być sobą. Leżała cicho w łóżku, nie rozmawiała, nie jadła, nie piła, nie prosiła, by zaprowadzić ją do toalety. Po prostu leżała i patrzyła w jeden punkt. Miałam wrażenie, że trzyletnie dziecko już wszystko zrozumiało. Po zakończeniu pierwszego cyklu chemioterapii wróciliśmy do domu i wystarczyło odjechać od szpitala, by moja dziewczynka znów zaczęła się uśmiechać. Ożyła. Jednak za każdym razem, gdy wracaliśmy na kolejny cykl leczenia, wszystko powtarzało się od nowa. Podczas następnego etapu leczenia lekarze szczerze powiedzieli nam, że szanse na uratowanie oka są praktycznie zerowe i zalecają jego usunięcie. Ale jak matka może tak po prostu zrezygnować z nadziei? Przeczytaliśmy wszystko, co tylko udało nam się znaleźć, poznaliśmy rodziny, które przeszły już tę drogę, konsultowaliśmy się z lekarzami i wysłaliśmy dokumentację do kliniki w Szwajcarii. Pojechaliśmy tam z jednym marzeniem — uratować oko naszej córki. Po pierwszym badaniu lekarze powiedzieli, że sytuacja jest znacznie poważniejsza, niż się spodziewali. Guz nadal rósł, doszło do krwotoku, a nerw wzrokowy był praktycznie niewidoczny w badaniach. Nie obiecywali cudu. Powiedzieli jednak, że są gotowi walczyć. Katia rozpoczęła leczenie chemioterapią dotętniczą oraz terapią wewnątrzgałkową. To właśnie tej szansy trzymamy się dziś z całych sił. Po trzech cyklach leczenia pojawiły się pierwsze ostrożnie optymistyczne wiadomości. Guz zaczął ulegać zwapnieniu, siatkówka zaczęła się prostować, a ciśnienie wewnątrzgałkowe spadło. Dla wielu są to jedynie medyczne określenia. Dla mnie to nadzieja. To szansa na uratowanie oka mojej córki. Niestety leczenie w Szwajcarii okazało się niezwykle kosztowne. Przeloty, zakwaterowanie, badania i samo leczenie niemal całkowicie wyczerpały wszystkie nasze oszczędności. Lekarze przygotowali dla Kati plan leczenia na około rok, co oznacza, że przed nami jeszcze wiele wyjazdów do kliniki, kolejne badania i cykle terapii. Oprócz kosztów leczenia musimy opłacać bilety lotnicze, pobyt w Szwajcarii i inne niezbędne wydatki, bez których kontynuacja terapii nie będzie możliwa. Dlatego całkowita kwota zbiórki na leczenie oraz wszystkie związane z nim koszty wynosi 120 000 franków szwajcarskich. Dla naszej rodziny jest to suma, której nie jesteśmy w stanie zgromadzić samodzielnie. Dziś bardzo trudno jest mi prosić o pomoc. Chyba każda mama marzy o tym, by nigdy nie znaleźć się w sytuacji, w której musi zwracać się do zupełnie obcych ludzi z prośbą o ratowanie swojego dziecka. Jednak kiedy chodzi o zdrowie i przyszłość córki, nie ma już wyboru. Z całego serca proszę o pomoc dla naszej Kati.